Historia Andersa by Jennifer Hepler

Anders
Jennifer Hepler

 

Światło tu nijak nie jest żółte. Jest zbyt jasne. I pochodzi z góry. Przynajmniej w tej chwili nie jestem zupełnie w stanie stwierdzić, czemu mi to przeszkadza. Słońce... zawsze tam było, prawda? Co to za wspomnienia?

Słowa wracają do mnie. Pustka. Jestem magiem. Spędziłem tam trochę czasu, pamiętam to. To ląd pełen mgieł i tajemnic. I mam rację; światło tam jest inne, emanuje z gruntu, ścian, a nie z pojedynczego punktu. Ale nigdy nie byłem nikim innym, niż tylko zwiedzającym. Czemu nagle to miejsce zdaje mi się być domem?

Czego jeszcze nie pamiętam?

Gdy siedzę, światłość wzmacnia się, a ciemność krzepnie. Pulsowanie w głowie powraca i zupełnie bez zastanowienia się używam magii, by się go pozbyć. Ból ustępuje pod jej wpływem. Staram się pomyśleć. Może na początek coś prostego. Moje imię. Jak mam na imię?

Jestem Anders.
Jestem Justynian.
Jeszcze nigdy przedtem to nie było tak trudne.

Nagle to wraca do mnie. Głos Justyniana, mój głos, przemawiający przez gnijące ciało, które niegdyś posiadł.

- Już czas. Pokazałeś mi niesprawiedliwość większą, niż ta, jaką kiedykolwiek widziałem. Czy masz wystarczająco odwagi, by przyjąć pomoc, którą oferuję?

Wiedziałem co oferował.

By pozostać w królestwie żywych, potrzebował gospodarza, ciała, które mógłby zamieszkać, nie zwłok, które zgniją po czasie. Gdybym mu to oferował, on w zamian dałby mi to wszystko, co posiadał, czy był. Razem moglibyśmy zmienić Thedas w miejsce, gdzie rządzi sprawiedliwość, nie strach.

Świat bez Kręgu i templariuszy. Świat, w którym każdy mag może uczyć się korzystania ze swego talentu i wracać do domu na noc. Gdzie żadna matka nie musiałabym ukrywać swego dziecka... albo stracić go, bo jej sąsiedzi za bardzo się bali. Gdzie magia jest postrzegana jako dar od Stwórcy, a nie klątwa.

To zbyt trudne do wyobrażenia sobie. Krąg i templariusze ukształtowali mnie. Nie byłem nikim więcej niż dwunasty dzieckiem, po które przyszli. Moja matka łkała, gdy zakładali mi kajdany, ale mój ojciec cieszył się, że odchodzę. Nie bał się tego, co mogę zrobić, tylko bał się mnie, moja magia była karą za grzechy, za które miał karać go Stwórca.

Wiedziałem, że się nie dostosuję. Nigdy nie mogłem być takim, jakim chcieli, żebym był - posłusznym, uległym, winnym. Ale zanim pojawił się Justynian, byłem sam. Nigdy nie myślałem o niczym więcej jak o swojej ucieczce: gdzie się skryję i kiedy mnie znajdą?
Teraz czuję odrazę, kiedy o tym pomyślę. Czemu tylu innych może wieść normalny żywot? Dlaczego Krąg Maginów musi istnieć? Tylko dlatego, że tak zawsze było, tylko dlatego, że czciciele Andrasty przekręcili jej słowa, czynią z magów więźniów. Dlaczego nie było żadnej rewolucji?

- Zbliża się. - głos jest bliżej i bliżej. Ktoś, kogo znam. Szary Strażnik.
- Na Stwórcę, co się z nim stało? - jest ich dwoje, tego drugiego nie znam.
- Oszalał. Oczy mu świecą... jego skóra... wyglądał jakby była rozpalona ogniem. Ciągle mówił... o niesprawiedliwości, rewolucji. Myślałem, że będę musiał uciszyć go jak wściekłego psa, ale zemdlał.
- Przeklęci magowie.

Ledwo mogę otworzyć oczy i spojrzeć im w oczy jak mężczyzna, a nie jak gówno hurloka. Widzę ich. To oczywiście Rolan. Ceną, jaką przyszło mi zapłacić za ucieczkę z Kręgu, było przyjęcie w poczet Szarych Strażników. Był templariuszem, ale kiedy jego Zakon zniszczyły pomioty, on poczuł powołanie i wstąpił. Nikt nigdy nie wspominał o umowie, ale templariusze przestali protestować, odkąd Roland stał się Szarym i zawsze razem wypełnialiśmy zadania. To aż zbyt jasne, że wysłano go, by miał na mnie oko.

Cokolwiek mnie opętało, by dobić targu z Justynianiem, gdzież musiało tego dokonać?

Gdy się pojawił, pożałowałem swoich słów, gdyż ciągle coś we mnie wrzało. Zastanawiałem się czy trudniej jest Justynianowie wywierać swój wpływ w ciele, w którym wciąż jest jego żywy właściciel. Ale to pytanie było bezcelowe, gdyż jego myśli są moimi, a on jest mną. Nie jestem już nawet pewien jak brzmiało moje pytanie.

Rolan stoi przede mną, biały gryf mieni się na jego piersi wraz z szarymi, płonącymi mieczami na zbroi jego towarzysza. Wiedziałem, że Rolan mnie zdradził.

-Szarzy zgodzili się, że nie możemy mieć plugawca w swoich szeregach. - jego głos wręcz ocieka z satysfakcji i już wiem, że nie muszę słyszeć niczego więcej. Przyprowadził templariusza, by się mnie pozbył, by nas się pozbył i tylko na to czekałem.

Nie widzę się podczas metamorfozy, widzę tylko ich spojrzenia i słyszę krzyki. Wyginam ramię i srebrny promień nie tyle uderza w cokolwiek, co eksploduje, zmieniając się w prysznic iskier. Miecz się topi, podobnie jak napierśnik templariusza. Posyłam falę ognia, która pali go, zostawiając tylko kupkę kości. Drzewa wokół nas płoną... namiot... wszystko.

Roland wciąż stoi i czuję zapach lyrium, którego wypicie uchroniło go przed uderzeniem. Boi się. Widzę jak szarpie tarczą i wiem, że ledwo opanował chęć ucieczki i nagle zastanawiam się, kim tak naprawdę jestem, gdyż widziałem, że bez lęku stawał do walki z matkami lęgu i plugawcami. Widzę jak jego ostrze zbliża się do mojej klatki piersiowej i nie uskakuję, gdyż to tylko stal, a ta nie jest w stanie skrzywdzić kogoś, kto nie jest śmiertelnikiem. Gdy stal zatapia się w moim ciele bez żadnego efektu, wtedy się poddaje. Odwraca się i ucieka, a wtedy odrywam mu głowę, bez magii, po prostu sam ja, czymkolwiek jestem. Jego krew ochlapuje moje wargi i smakuje jak wino doprawione miodem, a jej ciepło rozchodzi się po moim ciele.

Nienawidził mnie, a teraz nie żyje. Bał się mnie, a teraz jest martwy. Ścigał mnie, a teraz zginął.

Wszyscy zginą. Każdy templariusz i siostra zakonna, którzy staną na drodze do naszej wolności zginą w męczarniach, a ich śmierć będzie nas napędzać. Sprawiedliwość będzie po naszej stronie. Zemsta będzie nasza.

Sam stoję pośród płonącego lasu, ciała templariusza i Szarego leżą u mych stóp. Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Z tego, że ich zabiłem, choć otaczają mnie dowody mych czynów. To nie było pobojowisko jakie widziałem dotychczas, tylko krwawa rzeźnia z oderwanymi kończynami i walającymi się kawałkami ciała.

To nie jest sprawiedliwość. To nie jest duch, który był mi przyjacielem, to nie jestem ja. Czym się stał?
Czym ja się stałem? Musimy się stąd wydostać. Nie ma dla mnie teraz miejsca pośród Szarych.

Czy jest jakiekolwiek miejsce dla mnie?

Tłumaczenie: crazy_witch (bioworld.ea.pl)