Skup się
Luke Kristjanson
Dziś na mojej zmianie nikt nie zginie. Ta jasna myśl powtarzała się w rytm kroków. Aveline du Lac biegła, ciągle patrząc na ogień majaczący w ciemności. Nikt dziś nie zginie.
Aveline była jednym z trzydziestu rekrutów stacjonujących w Dales End, tak głębokiej prowincji, że nikt tu od lat nie widział królewskich żołnierzy. Ich dowódca wybrał to miejsce ze względu na otaczające je wzgórza, które cieszyły się złą sławą. Zarówno bandyci jak i niespotykane stworzenia z powodzeniem służyły za obiekty treningowe. Ale dziś było inaczej. Ranny szlachcic przybiegł z krótką wiadomością - templariusze mieli kłopoty. Czy to z powodu niewiedzy czy głupoty sześciu z nich poszło na odległe ziemie i stało się tam coś bardzo złego.
Ogarnęło ją zwątpienie. Otrząsnęła się i biegła dalej.
Była na wachcie, wciąż ubrana w pełną zbroję podczas gdy wszyscy jeszcze spali. Jej kompani szybko ruszą z odsieczą, ale strach w głosie posłańca nakazał pośpiech, dlatego Aveline zdecydowała się iść w pojedynkę. Znała ryzyko -jej obowiązkiem było oczyszczenie ziem z bandytów, a nie sprinty po nocach. Ale żołnierz nie zawsze może pozwolić sobie na to, co chce. Czasem liczy się tylko cel.
Wątpliwości powróciły. Aveline ponownie się otrząsnęła i kontynuowała bieg.
Poszarpane drzewa ustąpiły przesiece, która zdawała się trzymać nad sobą księżyc. Mężczyzna o ciemnych włosach skołtunionych od potu z wyraźnym trudem próbował dostać się do małego budynku, trzymając wygięte ostrze. Aveline zauważyła, że jego napierśnik, taki jaki nosili templariusze, miał dziurę po lewej stronie. Trzy cięcia w porządnej zbroi, zadane bronią, której nie znała. Ogarnęły ją wątpliwości. Odsunęła je od siebie w oka mgnieniu i uklękła przy mężczyźnie.
- Jestem żołnierzem króla. Słyszeliśmy wasze wołanie. Gdzie są pozostali? -mówiła spokojnie, jednocześnie rwąc na paski swoją tunikę, by opatrzyć rannego. Rany były głębokie, ale w jego odpowiedzi kryło się więcej zaskoczenia niż bólu.
- Na Stwórcę, kobieto! Cała jesteś umazana ich krwią!
Avelina zamrugała i spojrzała na siebie, następnie na ścieżkę, którą przybyła. Czarne ślady krwi, powody jej wahania, z którego ledwie zdawała sobie sprawę - czarne spaczenia, które teraz wsiąkały w ziemię niczym płynny popiół. Zaprzeczała temu w sposób zupełnie podświadomy. Jej ataki były automatyczne. Przechodził ją dreszcz na ten dziwny widok, ale wypchnęła to zupełnie ze swego umysłu.
- Musimy cię stąd wydostać. - powiedziała, pomagając templariuszowi wstać. Ten jednak zwrócił się w kierunku domu. Chorobliwa żółta poświata otaczała drzwi.
- Nie. - odpowiedział spokojnie. Podparł się na mieczu. - Jeśli to w pełni objawi się w naszym świecie, nigdy nad tym nie zapanujemy w pełni. - Aveline przyjrzała się mężczyźnie. Był blady, krwawił i zupełnie nie okazywał strachu. Nigdy nie rozumiała templariuszy. Ich świat wydawał się tak odmienny. Jego słowa nie miały najmniejszego sensu. Równie dobrze mógł być szalony.
Następnie pochylił głowę i dodał cicho, że nikt więcej dziś nie zginie. Aveline patrzyła dalej, powoli rozpoznając żołnierza skrytego za ozdobną heraldyką. Spojrzał na nią, zaledwie przelotnie, ale ona dobrze znała to spojrzenie - oceniał ją. Mogłaby pomóc i być może przeżyć.
- Dobrze templariuszu - powiedziała, kręcąc głową, ale wciąż trzymając miecz. Patrzyli na drzwi i światło wydobywające się zza nich, które pulsowało rytmicznie.
- Nie wierz w nic, co powie. - ostrzegł.
- Nie będę. - odrzekła. Uniósł brew, słysząc pewność w jej głosie. Aveline spojrzała na niego.
- Albo znasz się na tym co robisz, albo nie. - skinął ponuro głową i odwrócił się twarzą do drzwi. Miała wrażenie, że szuka słów, które mogłyby uczynić to spotkanie nieco bardziej zwyczajnym.
- Ser Wesley Vallen - zaczął - A ty...?
- Czekam aż mi zaimponujesz. - jej odpowiedź była chłodniejsza niż planowała, odruch wytworzony po długich tygodniach z nieokrzesanym towarzystwem. Nie zareagował, co ją zdenerwowało.
- Aveline. I możesz zaimponować mi później - wzdrygnęła się na niestosowność swych słów. Stała wyprostowana przez kilka sekund, zanim odważyła się spojrzeć, by sprawdzić jego reakcję. Wesley dalej wpatrywał się w drzwi, ale na jego wargach zagościł zbłąkany uśmiech. Aveline w jakiś sposób wiedziała o czym myślał. Błahostka przebiła się przez mrok. Oby znacznie lepiej radzili sobie z mieczami.
- Skoro tak twierdzisz. - odpowiedział z ciepłym uśmiechem.
Połączeni wspólną sprawą, razem wyważyli drzwi.
- Rycerz powiadasz? - Benoit du Lac patrzył na córkę pochmurnymi oczyma, jego głos był słaby, ale dodawał otuchy. Aveline chwyciła jego dłoń z wahaniem.
- To templariusz ojcze.
- Pff. - prychnął - Zatem nic nie ma. Szkoda zachodu. - wybuch odbił się echem w sali, ściągając spojrzenia ciekawskich zakonnic. Aveline zignorowała je i popatrzyła na wrota Zakonu wychodzące na Denerim. Westchnęła i odwróciła się, obawiając się podobnej kłótni. Ale starzec zmiękł, odkąd musiał leżeć. Być może był zbyt zmęczony.
- Czy jest dobrym człowiekiem?
Popatrzyła w górę, błądząc myślami. - Tak sądzę.
- Zatem przyjmij jego nazwisko. - powiedział niechętnie.
Aveline zaśmiała się, kręcąc głową. - Przecież wiesz, że nie prosiłam o pozwolenie.
Starzec uśmiechnął się, zamykając oczy. - Moja krew.





