Izabela
Sheryl Chee
Kobieta wchodząca do tawerny Pod Wisielcem jest potargana i wygląda niechlujnie niczym zmokły szczur. Jej podarta i znoszona koszula umazana jest sadzą z kominów Dolnego
Miasta, a jej buty, choć z porządnej skóry, są zniszczone i połatane w wielu miejscach. Ale chodzi dumnie, nawet z pewną dozą arogancji i wchodzi do tawerny jak do siebie.
- Powiedzieli, że mogę się tu napić. - podeszła do lady i położyła na niej z pół tuzina srebrnych monet.
- Ile mogę za to wypić ?
- Wystarczająco. - odpowiadam.
- Zatem niech alkohol się leje, dopóki starczy monet. I niech ma moc.
Wytarłem fartuchem wyszczerbiony gliniany kufel i wlałem najmocniejszy trunek. Wyrwała mi naczynie z rąk nim skończyłem i wychyliła duszkiem.
- Naprawdę było ci tego trzeba. - nalewam jej kolejny kufel.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - wzdycha, rozcierając skronie. - Tak przy okazji, to mówią mi Izabela. Może jeszcze o mnie usłyszysz.
Nie trzeba długo czekać na pojawienie się śmierdzącego dokera. Kobieta sztywnieje, gdy czuje dłoń na swych plecach. Stanowczo zbyt nisko. Doker chce coś powiedzieć, ale nie ma szans. Izabela łapie go za nadgarstek i wykręca mu ramię. Mężczyzna wrzeszczy raczej z zaskoczenia niż bólu, ale to szybko się zmienia, gdy kobieta uderza jego twarzą o ladę, zapierając łokieć jego karku.
- Dotknij mnie raz jeszcze, a połamię ci znacznie więcej. - syczy mu do ucha. Łapie palce jego dłoni i słyszę przyprawiające o mdłości trzaski i ryk bólu. Doker odchodzi niepyszny, tuląc dłoń i miotając przekleństwa na prawo i lewo.
- No co? - podstawia pusty kufel do napełnienia i tylko czeka na mój komentarz. Wskazuję jej strój. Niewiele poza znoszoną koszulą, zakrywającą jedynie tyle, ile nakazuje minimum
przyzwoitości. Noś coś takiego, a zawsze będziesz zwracać na siebie uwagę, czy tego chcesz czy nie.
-Co? To? - wskazuje na koronki i zanosi się krótki, gorzkim śmiechem. - Wystroiłabym się dla ciebie, ale wszystkie przyzwoite ubrania są teraz na dnie oceanu.
Gdy pojąłem sens jej słów, jeden z opryszków z Dolnego Miasta był już przy barze. Uśmiechnął się, choć to ześlizgnięcie się mięsistych warg po pożółkłych zębach trudno jednoznacznie tak określić.
- Jestem Szczęściarz.
- To imię czy opis? - pyta bez zaszczycenia go choćby najbardziej przelotnym spojrzeniem.
- To i to. Jeśli jesteś nowa w Kirkwall to możesz chcieć porozmawiać ze mną. Moi chłopcy wiedzą o wszystkim, co dzieje się w mieście.
- Widzisz - mówi chłodno - Kiedyś znałam psa o takim imieniu. Obrzydliwa bestia, zbyt głupia, by pojąć, że jeśli za dużo szczeka, to zarobi kopniaka.
Szczęściarz spurpurowiał i poszukał wzrokiem kompanów. Szukał wsparcia. Ale oni tylko się śmiali. Izabela bawiła się kuflem, obracając go i oglądając jego niedoskonałości.
- Poczekaj. - mówi nagle - Jeśli wiesz o wszystkim co dzieje się w Kirkwall, to może jednak powinniśmy porozmawiać.
Szczęściarz przytakuje i szczerzy się. Kobieta obraca się w jego stronę i widzę złowrogi błysk w jej oku.
- Tak się złożyło, - mówi cicho, pierwszy raz w ogóle uśmiechając się - że zgubiłam coś we wraku i bardzo bym chciała, aby się to znalazło.





