Merrill
Mary Kirby
- Patrz pod nogi da'len.
Ostrzeżenie Opiekunki jak zwykle przychodzi zbyt późno i potykam się o kamień, kalecząc kolana i zdzierając skórę z dłoni. Mythal'enast! Pewnego dnia nauczę się patrzeć gdzie idę. Próbuję wstać, mam dłonie całe we krwi. Rozglądam się.
Jesteśmy na miejscu.
Wejście do jaskini jest nieprzeciętnie straszne, nawet jak na standardy Rozdartego Grzbietu. Zupełnie jakby brało udział w konkursie na Najbardziej Przerażającą Górę w Thedas. Mgła kręci się pośród ciemności niczym ciężki oddech, wywołany dźwiganiem ciężkiego zbocza. Wejście wygląda jak otwarty żołądek, pożerający całe życie w zasięgu...
Złe nastawienie Merrill. Myśl pozytywnie! Przynajmniej pogoda jest przyjemna.
- Też to czujesz. - głos Opiekunki przywołuje mnie do rzeczywistości. Patrzy na mnie wyczekująco... co oznacza, że o czymś zapomniałam. Usiłuję wygładzić tunikę, ale tylko
poplamiłam jej przód krwią. Świetnie. I nie wiem na co ona czeka, och, no tak, na odpowiedź.
Oczywiście.
- Tak Opiekunko, głos jest dużo donośniejszy.
Szept ukrywa się na skraju moich myśli i mogę go uciszyć jeśli tylko się skupię. W obozie słyszałam go tylko w snach, ale nie pamiętałam po przebudzeniu żadnych słów. Pozostawało tylko wspomnienie dojmującej samotności. Nawet Opiekunka drugiej nocy obudziła się, szlochając.
Przyjdź do mnie.
Drżę. Źródło jest na pewno tutaj.
- Chodź za mną da'len. I miej oczy i uszy szeroko otwarte. - Opiekunka znika w czeluści ust wygłodniałej jaskini. Biorę głęboki wdech i wchodzę.
Zalewająca nas ciemność wywołuje szok po zalanym słońcem zboczu. To jak wskoczyć do basenu pełnego lodowatej wody w gorący dzień. Mój wzrok przyzwyczaja się do ciemności. Wąskim przejściem przechodzimy do większej komory i widzę... ruiny. Światło wnika przez szczeliny w sklepieniu, powstałe w wyniku połączonego działania upływu czasu i korzeni drzew. Zatem to nie jest tylko jaskinia? Świątynia, grobowiec, albo... sama nie wiem. Dziwne.
- To nie wygląda na elfickie, prawda Opiekunko? Może tevinterskie? - spoglądam na nią, gdy wpatruje się w ciszy w jakieś przejście z miną, którą znam aż za dobrze. Biedne przejście, przecież nie zrobiło niczego złego.
- Jeśli była tu wojna, to nie ma znaczenia, kto to zbudował. Jest niebezpieczne. - Opiekunka odwraca się od przejścia, rezygnuje.
- Jeśli nie pochodzi z czasów wojny, to jest obce i zapewne wciąż niebezpieczne. - Jestem pewna, że jest jakaś luka w jej rozumowaniu, ale wnętrze przerażającego grobowca - jaskini to marne miejsce na sprzeczanie się. Schodzi po kilku stopniach do świątyni poniżej.
Podążam jej śladem, klepiąc przyjaźnie przejście.
Przyjdź do mnie.
Głos dochodzi z odległego końca świątyni, od posągu wielkiego, przycupniętego czegoś ze zbyt wielką liczbą ramion i nóg. To wcale nie wygląda zachęcająco.
- Kto nas wzywa? - dopytuje się Opiekunka. Patrzy w sposób w jaki to pewnie robiły elfy z Arlathanu, po królewsku i z mądrością. Ton jej głosu zdaje się mówić "nie obchodzi mnie czy jesteś duchem, zniszczę cię, jeśli dasz mi powód". Zrugała kiedyś tym tonem dzikiego sylvana, który bardzo się zawstydził. W każdym razie na tyle, na ile może zawstydzić się drzewo.
Pomóż mi.
To nie była dobra odpowiedź.
Marethari wydała się większa, stając się uosobieniem wściekłego Dalijczyka.
-Przedstaw się albo zmilcz!
Jestem Schwytanym w Pułapkę. Pomóż mi.
- Imię! - nigdy nie widziałam, by była tak wściekła. Nawet wtedy, kiedy zniknął Tamlen.
Trzy to najwyraźniej magiczna liczba. Pycha. Głos jest jak zimowy wicher, wściekły i kąsający.
- Demon. - Opiekunka spluwa, jakby słowo miało ohydny smak. - Przywiązany do posągu nie zagrozi obozowi. - odwraca się zadowolona.
- Poczekaj! Jestem tu uwięziony od wieków. Byłem świadkiem upadku twojego królestwa. Pomóż mi Opiekunko, a dam ci wiedzę o tym, co widziałem. Przez moment widzę świat jakim niegdyś był. Imperium, które rozciągało się w całym Thedas, błyszczące elfie miasta...
- To wszystko może być twoje.
- Chodź da'len. - Opiekunka przyzywa mnie gestem. Wizja blaknie. Odwracam się i podążam za nią do światła.





